Menu

Ostatnio przeczytałam książkę...

"Wszystko, co lśni" Eleanor Catton

ostatnioprzeczytalam

Catton_Wszystko_co_lsni_m

Sporo było zamieszania i szumu wokół Eleanor Catton i jej książki "Wszystko, co lśni". Autorka została najmłodszą laureatką nagrody Bookera, a jej książka - najobszerniejszą z nagrodzonych do tej pory pozycji. Słyszałam, że to książka o poszukiwaczach złota z magią w tle. Zaintrygowało mnie to i zachęciło do sięgnięcia po książkę.


"Wszystko, co lśni" to powieść w stylu dickensowskim. Napisana z rozmachem, pięknie dopracowana stylistycznie i językowo. Czyta się ją wyjątkowo dobrze mimo ponad 900 stron. Chociaż bardziej pasuje do długich jesiennych wieczorów, herbaty malinowej i ciepłego koca niż do rześkiego przedwiośnia.
Akcja rozgrywa się w 1865 i 1866 roku, w Nowej Zelandii, głównie w mieście Hokitika. To tam spotykają się ludzie, którzy szukają szczęścia na złotodajnych polach, ale i ci, którzy uciekają przed przeszłością. Wielu poznajemy już w pierwszej części, kiedy uczestniczą w tajnej naradzie. I mimo, że jest ich sporo - bo aż 12 osób, to są opisani tak sprawnie i w sposób tak charakterystyczny, że nie mylą się i z powodzeniem jesteśmy w stanie ich zapamiętać.

Na tajną naradę wkraczamy przypadkowo, wraz z Walterem Moody, który dopiero co przypłynął do Hokitika. Poszedł do palarni hotelu Korona i przerwał dziwne spotkanie. Wraz z Walterem zostajemy wciągnięci w rozmowę, a potem stopniowo odkrywamy kryminalną zagadkę miasteczka. Okazuje się, że Hokitika to wcale nie takie spokojne miejsce. Każdy ma tutaj swoje tajemnice, a każda informacja ma swoją cenę.
Miasteczko ma swój bank, aptekę, hotele i restauracje. Przybywają tu ludzie z całego świata, Chińczycy, Brytyjczycy, Irlandczycy. Każdy traktuje to miejsce jako tymczasową przystań, liczy na wykopanie skarbu, który pozwoli na powrót do domu i zapewnienie sobie godnego życia. Ze złością i żalem patrzą na to Maorysi, których ziemie są przekopywane i niszczone a oni - bezradni.
Niewiele w tej opowieści jest kobiet, bo to męski świat. Żony i córki zostały gdzieś daleko. Są w Hokitika dziwki, jest nasza główna bohaterka - Anna Wetherell, której zasłabnięcie w miejscu publicznym jest niezwykle tajemnicze i zajmuje myśli wielu bohaterów. I mimo, że w całej książce pojawiają się tylko trzy kobiety (jeżeli niczego nie przeoczyłam) to ich wpływ na rozwój akcji i losy miasteczka jest ogromny.
Nie będę opisywać szczegółów akcji - żeby przez przypadek nie zdradzić jakiegoś ważnego wątku i nie psuć przyjemności rozwiązywania zagadki. Wspomnę jeszcze, że pojawiają się w książce wątki metafizyczne, elementy astrologiczne, seanse spirytystyczne - choć jest ich moim zdaniem zbyt mało. Nastawiłam się na większą dawkę magii, a tu mimo, że coś tajemniczego unosi się w powietrzu, mimo koniunkcji sfer niebieskich wszystko jest jednak namacalne i realne. No prawie wszystko.
Czytając miałam wrażenie, że książka jest dosyć nierówna. Pierwsza część, zawierająca wspomniany już przeze mnie opis spotkania w hotelu Korona, zajmuje ponad 400 stron. Część ostatnia - zaledwie dwie strony. Rozdziały najpierw były bardzo długie, a potem ledwie półstronnicowe. Czytanie przywodziło na myśl wspinanie się pod górę, brnięcie przez te długie rozdziały, łączenie faktów, doszukiwanie się związku między bohaterami i wydarzeniami a potem spadanie z tej wielkiej góry, przez krótkie rozdzialiki aż do finału i poznania wszystkich aspektów historii. Tytuły rozdziałów były najpierw symboliczne, wszystko wynikało z treści rozdziałów, pod koniec książki tytuły rozdziałów zawierały więcej informacji niż same rozdziały. I chociaż czytanie było przyjemne, to po przeczytaniu 931 stron czułam pewien niedosyt. Chciałam wyczytać jakiś ciąg dalszy, szczęśliwą przyszłość wszystkich bohaterów...Teraźniejszość, przyszłość, przeszłość to schemat czasowy tej opowieści, który rozbił moje przyzwyczajenia i umiłowanie do happy endów..

© Ostatnio przeczytałam książkę...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci